Kiedy raz zostaniesz żeglarzem – już nigdy nie uciekniesz od łódek. Nawet jeżeli po dwóch miesiącach spędzonych na obozach żeglarskich na Mazurach spróbujesz ukryć się w samym środku Francji, na stałym lądzie – żagle znajdą Cię nawet tam. Jak to się dzieje? Odpowiadam szczerze: nie mam pojęcia. Faktem jest natomiast, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką zobaczyłam po przybyciu do Orleanu, był plakat informujący o Festiwalu Loary, który miał być zorganizowany pod koniec września. Wyjedź tylko człowieku na Erasmusa i zaraz okazuje się, że trafiłeś do miasta, w którym odbywa się największy w Europie festiwal żeglugi rzecznej!
Spis treści
Cóż to takiego – Festival de Loire
Impreza ma na celu oddanie hołdu Loarze – najwspanialszej rzece Francji. Przez pięć dni z rzędu po ponad dwukilometrowym bulwarze przewija się 650 000 turystów, 700 flisaków, 450 artystów i rzemieślników oraz niemal setka sprzedawców oferujących swoje tradycyjne wyroby. Brzmi jak czyste szaleństwo? Wygląda jeszcze ciekawiej!
Orlean jest malutkim, przytulnym miasteczkiem, posiadającym dwie linie tramwajowe na krzyż, dworzec kolejowy, uniwersytet i katedrę. Poza tym, nie ma tu nic. Przyzwyczajona do mieszkania w dużym mieście, odczuwałam swoisty niepokój, gdy wracając do domu o godzinie 21 widziałam dookoła siebie jedynie puste ulice. Na czas festiwalu Orlean zmienia się nie do poznania: ulice i restauracje tętnią życiem przez całą dobę!
Początek festiwalu żeglugi rzecznej de Loire
W środę rano, uzbrojona w aparat, ruszyłam w stronę portu. Idąc przez oświetlone słońcem ulice widziałam jak całe miasto przygotowało się na festiwal: przed katedrą zaparkowały melexy turystyczne, na witrynach sklepowych wykwitły łódeczki z papieru, a Plac de la République przystrojony został tęczowym „dachem” z parasolek.
Pies na pokładzie!
Nabrzeże stało niemal puste – mijałam jedynie świeżo przybyłych flisaków i pojedynczych wczesnych turystów. W powietrzu unosił się zapach wilgotnych lin i słychać było łopot żagli poruszanych przez wiatr. Przy kei zacumowane były łódki – ale cóż to były za łódki! Nie zobaczycie takich na Mazurach.
Część z nich w ogóle nie miała żagla ani masztu – jedną z nich był Solny, czyli polski galar. Galary były niegdyś statkami wiosłowymi, które używane były do rzecznego transportu towarów. Kształtem przypominały wydłużony prostokąt, a do ich obsługi potrzeba było 6 – 8 ludzi. Solny co prawda żagla nie posiadał i uzbrojony został w silnik, ale za to miał na swoim pokładzie ogromnego pomarańczowego psa – prawdopodobnie do burłaczenia… 😉
Języki na bulwarze nieustannie się ze sobą przeplatały: udało mi się z całą pewnością wyróżnić hiszpański, francuski, angielski, kataloński i polski. Łodzie francuskie i polskie były zdecydowanie tradycyjne – zbudowane z ciemnego drewna, wyposażone w prastare liny konopne, łańcuchy i kotwice admiralicji. Jachty z Hiszpanii i Katalonii miały kadłuby kolorowe – niebieskie, zielone, żółte…
Ciekawym gościem Festiwalu była także… drewniana tratwa mierząca 72 metry! Tego typu jednostka została zaprezentowana na Festiwalu Loary po raz pierwszy w jego historii.
Stanowiska festiwalowe
Nie będę opisywać nieskończoności stanowisk z lokalnym jedzeniem, sztuką, słodyczami, napojami, frytkami i horrendalnie drogimi pamiątkami – bo w każdym odwiedzanym przez turystów miejscu wygląda to bardzo podobnie – natomiast powiem dwa słowa o strefie przeznaczonej dla dzieci.
Nie zabrakło również repertuaru artystycznego. Na zaparkowanym w kanale jednomasztowcu rejowym koncert dawał zespół młodzieżowy. Występ urozmaicono o spektakl gimnastyczny. Było to najbardziej hipsterskie i alternatywne wydarzenie, jakie w życiu widziałam. Dwie dziewczyny wspinały się na maszt, skakały po rei, zwieszały się na linach do góry nogami, a na finał – obie wskoczyły do wody! Wyglądało to jak zbiór „wszystkich rzeczy, których nie należy robić podczas żeglugi” – w bardzo ładnym wykonaniu i ze świetnie dopasowaną oprawą muzyczną.
Muzyka, światła i żagle
Wieczorami na scenach rozłożonych na bulwarze grały zespoły szantowe, folkowe i popowe.
Najciekawsze jednak były wydarzenia weekendowe. W piątek o godzinie 22 wszystkie światła skierowały się na rzekę, gdzie w towarzystwie muzyki i komentarzy spikera, prezentowane były zaproszone na festiwal jednostki. Był to pokaz artystyczny opisujący historię żeglugi rzecznej i pokoleń ludzi z nią związanych.
Wielki Finał odbył się w sobotę, kiedy to całe niebo na pół godziny rozbłysło fajerwerkami. Pokaz sztucznych ogni przyciągnął na keję największe tłumy – i nic dziwnego, bo był to spektakl godny zobaczenia.
Festiwal Loary był wydarzeniem bardzo sympatycznym i choć nie spróbowałam wędzonej rybki ani nie przepłynęłam się łódeczką po kanale – nadal uważam, że warto wziąć w nim udział i polecam go wszystkim łódkowym zapaleńcom: tym większym i tym mniejszym również.